Operacja KASKADA - Część 3

Zwierzyna łowna

Czas płynął nieubłaganie, przez niemal godzinę walczyliśmy z tym chędożonym radiem, które nosiłem w plecaku. Było to jednak daremne, ten złom nadal tylko szumiał i trzeszczał. Została nam już chyba ostatnia, nieco szalona, możliwość. Planowaliśmy użyć naszych radiostacji krótkiego zasięgu i modlić się, aby ich sygnał zdołał się przebić do FOB’u. Wątpiłem w to rozwiązanie, przez co tym bardziej się zdziwiłem, gdy Adamowi  rzeczywiście udało się nawiązać kontakt z naszymi. To był CCT.

– Charlie Tango tu Brawo Foxtrot czy mnie słyszysz… – Adam kilkukrotnie powtórzył tą komendę, gdy nagle usłyszeliśmy odpowiedź.
– Zgłaszam się tu Charlie Tango, odbiór.

W tym momencie pojawiła się jakaś nadzieja: przyślą wsparcie, ewakuację i za niedługo będziemy już w domu. Zabawne rzeczywistość okazała się trochę inna, ale w sumie czego można było oczekiwać (a raczej czego ja oczekiwałem). Podczas gdy ja rozmyślałem o nadciągającym wsparciu, Adam kontynuował rozmowę z CCT.

 Oddział nawiązał kontakt z przeciwnikiem stan obecny minus pięć, trzy osoby żyją. – szczerze powiedziawszy dość otwarty komunikat jak na taką częstotliwość, ale w sumie wtedy mi to za bardzo nie przeszkadzało. Chwilę później Adam nadał kolejny komunikat, który tym razem kompletnie rozłożył mnie na łopatki: – Dawać mi do radia szwagra…

Chyba bardziej nieformalnego komunikatu już sobie wyobrazić nie mogłem, chwilę później usłyszałem przez radio Beltusa i jego spokojne „No co tam Adaś”. Adam szybko streścił Beltusowi nasze obecne położenie (a to notabene za różowe nie było) i poprosił o dalsze instrukcje. Na radiu nastała cisza – zapewne „szwagier” przekazał nasz meldunek do sztabu. Jednak odpowiedź jaką usłyszeliśmy chyba nikogo z nas nie pocieszyła:

– Adam, sztab mówi abyście kontynuowali misję. – „no WTF. W trzy osoby to na pewno dużo zdziałamy, ale cóż było robić”.
– Zrozumiałem, bez odbioru. – i nasza krótka rozmowa właśnie się skończyła. Jak byliśmy w dupie, tak tkwiliśmy w niej nadal. Z tą różnicą, że tym razem wiedzieliśmy na czym stoimy (a to w sumie też dobrze nie pachniało). Ale cóż rozkaz to rozkaz.

Szybko zrobiliśmy rekonesans" w naszych ładownicach i tu pojawił się pierwszy „zonk”. Brakowało amunicji – Jasiu i Adam mieli razem pięć magów, na dodatek dwa już lekko napoczęte. U mnie sytuacja wyglądała trochę lepiej: pięć pełnych magazynków i szósty w podpięty do eLki. Trzeba było coś wykminić i to szybko, za długo siedzieliśmy już w jednym miejscu. Rozwiązanie wydawało się nader proste – ktoś idzie przeszukać trupy naszych, pozostali czekają tutaj. „I oczywiście padło na mnie, a może sam się zgłosiłem w sumie nie mam pojęcia

Ruszyłem do ROMEO, który był oddalony od naszej pozycji o jakieś 400 metrów. Taka tam mała przebieżka. Szybko przebiegłem otwarte pole i dopadłem do pobliskiego młodnika, pot spływał mi po czole. Dochodziła już 1100 i zaczynało się robić duszno. Już miałem ruszyć dalej, kiedy zobaczyłem nieżywego Mikiego w dłoni trzymał pistolet, a głowie miał pokaźnych rozmiarów dziurę, wszystko było zabryzgane krwią – samobójstwo…

Nie było jednak czasu na wyrzuty sumienia, czy opłakiwanie towarzysza. Odwróciłem go na plecy i zacząłem grzebać po jego ładownicach. „Bliadź” – magi były strzaskane przez pocisk, który trafił go podczas pierwszej walki w ładownicę. Trzeba szukać dalej. Udałem się do miejsca spotkania z łodzią. FAS leżał teraz na plaży widać arabusy przeszukały jego ciało. Na szczęście nie zabrali magazynków. Wciągnąłem ciało głębiej w ląd i zacząłem szabrować. „Zdobyłem” dziewięć magazynków (to powinno już wystarczyć). Zrzuciłem z siebie plecak i zacząłem wrzucać magazynki do środka, wtedy mój wzrok przeniósł się na to przeklęte radio.

Pięć minut później ruszyłem z powrotem do naszych, obok ciała FAS’a leżało teraz jeszcze osiem kilo złomu w postaci zepsutej radiostacji. Nie wiem czemu, ale powrotna droga zawsze idzie mi znacznie szybciej. Byłem już w połowie drogi, kiedy na radiu usłyszałem Jasia:

– Wiskey 02 gdzie jesteś. – moja nazwa kodowa, w sumie pierwszy raz słyszałem jak ktoś mnie nią wywołuje.
– Tu Jesion. Nie używaj kodu Wiskey podczas tej operacji używa go jakaś inna ekipa.
– Okey… Chciałem tylko sprawdzić czy żyjesz.
– Żyję, mam co trzeba i zaraz u was będę. – „No to już z głowy” pomyślałem. Przynajmniej ten mały, jakby to ładnie ująć, „quest” zakończył się sukcesem.

*  *  *  *  *

Kiedy dotarłem do naszych rozdzieliłem amunicję i magazynki, które dostarczyłem. Niedługo później ruszyliśmy w drogę, na zachód. Wpierw jednak trzeba było przejść przez otwartą przestrzeń. Ruszyliśmy truchtem przed siebie. Dopadliśmy szybko na skraj lasu, a dalej, już pod, osłoną powoli maszerowaliśmy przed siebie – cel baza wroga, misja pojmać dwóch światowej klasy terrorystów.

Nie wiem dokładnie jak długo maszerowaliśmy ale myślę, że około godziny. Powoli rezygnowaliśmy z ukrywania się i chodziliśmy środkiem drogi. Prawdę mówiąc tak było nawet bezpieczniej. Marsz był dość uciążliwy. Czułem, że nogi zaczynają mi wchodzić w cztery litery – „dobrze, że przynajmniej nie dźwigałem już tego radia”. Wtedy Jasiu zauważył coś dziwnego.

Wojskowy pojazd wroga – wyglądał jak beczkowóz umazany czerwoną farbą. No taka metoda kamuflażu to się może i sprawdzała, ale podczas pożaru. Dookoła niego kręciło się sporo chłopa. Wydawało się, że oni też zdołali nas zauważyć. Nie miałem pojęcia co to za ustrojstwo, ale dobrze tego pilnowali. O ataku nie było nawet mowy.

Ostrożnie ruszyliśmy do tyłu i zeszliśmy z głównej drogi w kierunku bagien, kiedy tylko zniknęliśmy z oczu wroga odbiliśmy na północ. Manewr się opłacił. W chwili kiedy my opuszczaliśmy obszar widziałem jak wróg zaczynał przeczesywać bagna – „a niech sobie teraz szukają i te swoje sandałki moczą”. My w tym czasie dawno dopadliśmy do wzniesień i zaczęliśmy wspinać się na ich szczyt.

Kiedy wspinaliśmy się w górę stwierdziłem: – „Już nie mogę.” – na to usłyszałem odpowiedź Adama:

– Nie ma co marudzić.
– Kiedy ja po prostu lubię marudzić. – do tej pory nie wiem co było w tym śmiesznego. Ja naprawdę lubię sobie pod nosem ponarzekać, bo to mi poprawia humor. Z drugiej strony zawsze mogłem się też zwyczajnie wyłączyć i ograniczyć się do mechanicznego parcia przed siebie, ale w tej sytuacji to chyba było raczej nie wskazane – musiałem mieć wszystkie zmysły aktywne.

Idąc dalej skręciliśmy na północny-zachód dzięki temu dostaliśmy się w okolice głównej autostrady, która zgodnie z mapą przecinała nasz obszar działań na dwie połowy. „Tu się zatrzymujemy” – ta komenda była chyba błogosławieństwem dla moich uszu. Bez zbędnych ceregieli gruchnąłem o ziemię – dobrze, że ten plecak ma QR, czasami Brytole wpadają na dobre pomysły.

Dochodziła 1240. Przerwa niestety dość szybko minęła, ale i tak dała mi zregenerować siły na dalszy marsz. Ustaliliśmy wspólnie, że idziemy na północ do strumienia, tam zatrzymujemy się na obiad. Obiad, hmmm…, to było wtedy takie piękne słowo. W dogodnym momencie przeskoczyliśmy przez autostradę na szczęście bieda i bezrobocie w kraju sprawiały, że za dużo aut po drogach nie jeździ, to też śmignęliśmy przez autostradę zupełnie niezauważeni.

Przez kolejne pół godziny maszerowaliśmy dość szybko las był rzadki więc ryzyko kontaktu znacznie wzrastało. Byliśmy już w połowie drogi do strumienia, kiedy Jasiu zarządził krótki odpoczynek – w sumie mi to nie przeszkadzało (nawet wręcz przeciwnie). Usiedliśmy pod drzewem – osłony było niestety jak na lekarstwo". Pozostawała nadzieja, że nikt na nas nie wpadnie i nas nie zauważy. Usiadłem plecami do kierunku marszu, a karabin oparłem o drzewo. Jasiu i Adam rozmawiali o czymś, w sumie nie bardzo wiem o czym – wyłączyłem się.

W oddali słyszałem jadące co jakiś czas autostradą samochody. Ale moje myśli podążały już po innych krainach – niestety moja artystyczna dusza sprawia, że w takich chwilach mam nadpobudliwą wyobraźnię i łatwo odpływam tracąc kontakt z rzeczywistością. Nagle otworzyłem oczy Jasiu i Adam nadal rozmawiali między sobą, a Adam robił sobie kanapkę. Coś jednak było nie tak – nie potrafiłem jednak powiedzieć jeszcze co. Machinalnie moja ręka powoli sięgnęła po karabin, Jasiu spojrzał na mnie ze zdziwieniem i wtedy (ni stąd ni z owąd) z moich ust padło jedno ciche i przeciągłe „Kuuurwwwaaaa…”.

Kiedy trzymałem już karabin odwróciłem głowę, za moimi plecami, może jakieś dziesięć metrów od nas, maszerował sobie jakiś oddział. Jasiu i Adam zobaczyli ich chwilę potem. Jedno drzewo na trzech – „kiepska była ta nasza osłona”(niczym strzelcy na treningu, który oglądałem w Łodzi na terenie Polski, brakowało teraz tylko krzyków JEB JEB JEB udających ostrzał).  

Strzeliłem w powietrze chcąc zmusić nieco wroga do wycofania się – zadziałało. Wróg odskoczył do tyłu. Mieli ciężkie plecaki – chyba nasi. Krzyknąłem hasło: „JANEK”, słyszałem jakiś szmer, więc zaraz dodałem „POWTÓRZ nic, zero reakcji. Znowu „JANEK” nadal cisza. Wtedy Jasiu bez zbędnych zabaw stwierdził:

– Walimy i do tyłu! – jak ja lubię takie komendy. Wymierzyłem w kolesia, który był najbliżej nas i nacisnąłem na spust, Jasiu celował do tego samego. Dostał widziałem czerwoną mgiełkę tryskającą zza drzewa. Wtedy usłyszeliśmy jak odzywa się wrogi KM no to teraz kita za siebie. Jak ci wariaci zerwaliśmy się i wciąż odpowiadając ogniem uciekliśmy w jakiś gęsty młodnik sięgający może na półtora metra.

Czy to był przeciwnik? Cóż metoda pasowała, zostali zaatakowani wezwali QRF i teraz pewnie czekają aż przyjedzie. Widzieliśmy ich z naszej kryjówki opatrywali rannego ciekawe na czyje pójdzie konto – moje czy Jasia. A może jednak nasi? Niby byli na „ciężko”, tylko czemu w takim razie nie reagowali na hasła wywoławcze? Trzeba to było sprawdzić, radio PMR znów poszło w ruch – częstotliwość alarmowa zobaczymy co dalej.

Adam zaczął nadawać.

Pierwsze wywołanie – nic, cisza. Drugie – to samo. Nagle za trzecim razem odzywa się Dingo. No to zaczyna się zabawa. Sprawdziłem w notatkach – Dingo, był taki oddział. No to jedziemy dalej.

– Dingo, czy jesteś może w pobliżu autostrady?
– Nie mogę powiedzieć. – „WTF do kwadratu!!! Autostrada mana obszarze działań 20km długości. Czy oni myślą, że na podstawie tej informacji ich złapią?! Przecież i tak namierza nas ciągle kolczuga!” Kolczuga no to wiem co to za beczkowóz stał wtedy na polu, ale  teraz nie ważne, trudno, brniemy dalej w tą zabawę na radiu.
  Dingo, czy widzisz gęsty młodnik z waszej pozycji? – „głupie pytanie z naszej strony przecież jesteśmy w lesie, ale dobra lepszy rydz niż nic”.

Odpowiedź mnie po prostu zjeżyła:

– Może tak, może nie… – Co to za odpowiedź?! Zamorduję tego radiooperatora no normalnie gołymi łapami go rozerwę…

Dobrze, że wziąłem z ziemi jakiś patyk, to miałem przynajmniej na czym zęby zaciskać. Nie wytrzymałem jednak długo i powiedziałem Adamowi by zapowiedział im, że będziemy ich autoryzować.

– „Dingo, przygotuj się do autoryzacji” – już widziałem ich miny jak usłyszeli to hasło. Skoro nawet odzewu nie znali, to już widzę jak zapamiętali całe szyfrowanie. Chwilę później wywołaliśmy hasło autoryzacyjne.
– Dingo, autoryzacja DELTA – poprawną odpowiedzią powinno być 2 zatem czekamy na odpowiedź. Mija prawie pięć minut, więc powtórzyliśmy na radiu „DELTA”. Nagle dostaliśmy odpowiedź „MIKE” – „nie no bardziej się tego meldunku chyba rozbudować nie dało”. Na dodatek odpowiedź była zła na szczęście załapałem ich to rozumowania – to byli jednak nasi.
– Dingo, wysyłamy zatem do was jednego z naszych będzie miał karabin nad głową.

Tym razem padło na Jasia. Jasiu wyszedł z młodnika my trzymaliśmy się sto metrów za nim ale w zasięgu wzroku. Podszedł do miejsca gdzie nie tak dawno mieliśmy wymianę ogniową. Naprzeciw wyszedł mu jakiś człowiek z karabinem – dogadali się szybko i Jasiu skinął na nas abyśmy podeszli. Przeszliśmy obok nich i ruszyliśmy dalej w swoją stronę na odchodnym Jasiu rzucił tylko: „Sorki za jednego rannego”. Skomentowałbym to, ale jakoś nie chcę rzucać mięsem…

*  *  *  *  *

Dwadzieścia minut później dotarliśmy w pobliże strumienia. Pora na obiad. Jako miejsce na obozowisko wybraliśmy dołek w ziemi głębokości pół metra, dookoła niego rosły krzaki, a w środku niewielkie młode osice, dzięki czemu zagłębienie wyglądało jak naturalny bunkier z prześwitem do obserwowania okolicy w promieniu 360stopni. Odgarnąłem na środku dołka ściółkę dokopując się do piasku i postawiłem kuchenkę. Obok rozstawiał się Adaś w tym momencie odezwał się Jasiu:

– Jak Adam zaczyna jeść to ja uzbrajam się w czujność. – w sumie racja, na naszym koledze od jakichś dwóch lat krąży klątwa ilekroć sięga po jedzenie albo kuchenkę zawsze nas atakują (podczas spotkania z dingo wtranżalał kanapkę). U mnie dziś na obiad Fasolka z boczkiem – „no i to mnie się podoba, no!

*  *  *  *  *

Dwadzieścia minut później skończyłem jeść i zacząłem czyścić menażkę. Nie powiem najadłem się do syta i wtedy usłyszeliśmy chrzęst Adam kończył jeść kiedy nagle znikąd pojawił się wrogi żołnierz z Islamskiej Republiki „czegośtam”. Przeszedł sobie spacerkiem metr od naszego obozowiska i poszedł dalej nieświadomy, że w jego głowę celowały trzy karabiny. No takie spotkanie nam wystarczy trzeba się było pakować. Powoli bez pośpiechu i bezszelestnie spakowaliśmy się do plecaków.

Kiedy już mieliśmy się ruszać zobaczyliśmy oddział wroga idący w naszym kierunku – sporo ich było. Wtedy usłyszeliśmy komendę: „Dobra są pięć metrów przed nami rozciągamy tyralierę!” – wiedzieli o nas. Spojrzeliśmy po sobie i jak na znak zgodnie skinęliśmy głowami. Pora się zabawić – jak ginąć to z przytupem. Byliśmy 300 metrów od głównego garnizonu wroga, ucieczka nie miała sensu.

Kiedy rozciągali linię otworzyliśmy ogień kilku z nich na pewno dostało, wyraźnie ich zaskoczyliśmy. Chwilę po oddaniu pierwszego strzału wyskoczyliśmy z naszego bunkra aby się trochę oderwać. Między mną a Adamem gałęzie zaczęły się łamać od przelatujących kul – chyba jakaś święta aura sprawiła, że nikt z nas wtedy nie dostał.

Jasiu poleciał do przodu, ja z Adamem przycupnęliśmy za pierwszą dobrą osłoną. Adaś zaczął strzelać, wróg wyraźnie parł na przód. Krzyknąłem do Adama starając się przekrzyczeć jego kałasznikowa:

– Adam do tyłu będę osłaniał. – Kiedy tylko mnie minął otworzyłem ogień. Strzelałem ogniem pojedynczym, takie przyzwyczajenie ze snajperki. Posłałem po trzy strzały w podejrzane w najbardziej podejrzane punkty nagle powietrze przeszył donośny krzyk – „ha trafiłem”. Dobra, koniec pestek, zatem pora lecieć do tyłu. Podniosłem się i ruszyłem do Jaśka który już otworzył ogień zaporowy.

W chwili gdy mijałem Jaśka, Adam poderwał się razem ze mną przebiegliśmy przez jakąś drogę za nią było półmetrowe wzniesienie na którym stał Jasiek i osłaniał nas ogniem. Adam przeskoczył przez drogę, ale potknął się i padł przed samą skarpą. Chwycił rękoma za kępę trawy krzycząc: ”Jasiu, Jasiu!”. Raczkował po skarpie niczym jakieś niemowlę, aż wreszcie wgramolił się na górę.

Jednocześnie postawiliśmy huraganowy ogień zaporowy i skoczyliśmy do tyłu. To będzie nasz „last stand – ostatni bastion”. Wszędzie stały sterty pościnanego drzewa idealna osłona. Jasiu został na pierwszej linii, Adam i ja stanęliśmy z tyłu. Ja miałem bronić prawej flanki.

Wróg zbliżał się na nasze pozycje, dopuściliśmy go jak najbliżej i otworzyliśmy ogień. Pierwszy dostał leży na ziemi, ale wtedy ustrzelili Jaśka. Długa seria przeszyła jego ciało niemal zmiatając go z powierzchni ziemi. Zostało nas dwóch…

Wtedy ich zobaczyłem podbiegli do miejsca gdzie jeszcze przed chwilą stał Jasiek. Otworzyłem ogień padli na ziemię. Adam ostrzeliwał ludzi nadchodzących z lewej strony. Widziałem, że ubił przynajmniej jednego. Nagle dostał zostałem sam.

Przycelowałem w gościa który zdjął Adama klęcząc za osłoną. Otworzyłem ogień ale koleś zdążył się ukryć. Na dodatek ta moja osłona przeszkadzała mi przy celowaniu. Godząc się ze swoim losem odczepiłem plecak i wstałem z ziemi. Strzeliłem w gości którzy nadchodzili naprzeciw chyba trafiłem, obróciłem się w stronę gdzie leżał Adaś ktoś się do mnie skradał. Trzy szybkie strzały i koleś przylgnął do najbliższej osłony. Coś zachrzęściło po mojej prawej stronie, skierowałem tam lufę karabinu. Dwóch gości wspinało się po zboczu na moją pozycję, próbując mnie w ten sposób okrążyć. Wychyliłem się zza wzniesienia i posłałem w ich kierunku parę strzałów.

Trafiłem, chyba, bo koleś przylgnął do ziemi, a może tylko był w szoku? Bliadź koniec magazynka przyklęknąłem za osłoną i wydobyłem kolejny mag z ładownicy. No to co? Zaczynamy zabawę od początku podniosłem się zza osłony. Trzy strzały i obrót, trzy strzały i obrót. Rytmicznie ze stoickim spokojem niczym automat tańczyłem w miejscu starając się przygwoździć otaczającego mnie przeciwnika, który ciągle parł na przód. Znów koniec pestek trzeba przeładować i wtedy coś szarpnęło moją głową zatoczyłem jeszcze ostatni piruet i upadłem na ziemię. Uniosłem rękę i dotknąłem twarzy miałem chyba strzaskaną szczękę. Nie byłem w stanie nawet krzyczeć rzęziłem tylko i jęczałem czekając na niechybną śmierć...

Wróg podszedł szybko przeszukał moje kieszenie. Nawet nie zwracali uwagi, że jeszcze dycham. Jeden z nich uśmiechnął się parszywie i spojrzał na mnie „ten już nic nie powie” zameldował do dowódcy. Przeciwnik zaczął znosić swoich rannych 3 trupy czterech rannych i brak apteczki aby ich ustabilizować. Świetnie wykrwawią się przynajmniej nim dojedzie Medevac. Radiooperator wezwał wsparcie medyczne. Jeden z żołnierzy podał moje notatki do ich dowódcy, usłyszałem tylko jedno zdanie, które sprawiło mi dużą radość: „Kurwa po grecku!” – a nie mówiłem, że tego nie przeczytają…

Niedługo później zapadła ciemność…

 

 

RAPORT - OPERACJA KASKADA

OBIEKT – BRAWO FOXTROT (BLACKFIELD)

KONTAKT Z ODDZIAŁEM BLACKFIELD ZOSTAŁ UTRACONY NIEDŁUGO PO 1100. OSTATNIE RAPORTY ODDZIAŁU DINGO WSKAZUJĄ, ŻE ŻYLI JESZCZE O GODZINIE 1320.
OBECNIE OD OSTATNIEGO KONTAKTU MINĘŁY JUŻ 24 GODZINY – NALEŻY ZATEM OFICJALNIE UZNAĆ, ŻE ODDZIAŁ BLACKFIELD ZAGINĄŁ (Missed In Action) PODCZAS CIĘŻKICH WALK NIEDALEKO GŁÓWNEGO GARNIZONU WROGA. AKCJE POSZUKIWAWCZE NA TERENIE WROGA ZOSTAŁY PRZERWANE I NIE BĘDĄ JUŻ KONTYNUOWANE.

POWIADAJĄ, ŻE PODCZAS PIERWSZEJ WALKI NA OBSZARZE ROMEO BLACKFIELD ZDOŁAŁ UMOŻLIWIĆ BEZPIECZNE WPROWADZENIE CZTERECH INNYCH ODDZIAŁÓW. POWIADAJĄ, ŻE BLACKFIELD ZADAŁ DOTKLIWE STRATY STRONIE PRZECIWNIKA. NIKT NIE JEST JEDNAK W STANIE POTWIERDZIĆ TYCH DWÓCH PRZEKAZÓW…

 

Na zakończenie od Autora i od Blackfield

Jest to część ostatnia tego krótkiego opowiadania fabularnego - mamy nadzieję, że dobrze bawiliście się czytając niniejszy tekst.
Przy okazji chcieliśmy serdecznie podziękować organizatorom imprezy KASKADA - szczególnie dla Dziusa (głównego dowódcy i logistyka naszej strony konfliktu). Na prawdę świetnie się bawiliśmy i liczymy, że jeszcze nie raz spotkamy się na takich imprezach - "Do zobaczenia w celowniku".

Ekipa Blackfield

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież