Operacja KASKADA - Część 2

Gorące przyjęcie

Na komendę sprzęt wrzuciliśmy do pontonu i ku mojemu zdziwieniu nie zatonął. Jako królik doświadczalny wpakowałem się na pokład jako pierwszy. Za mną wskoczyli Miki, Adam oraz R2D2, łódź wciąż się unosiła. O 0728 byliśmy już gotowi do wypłynięcia. Na znak naszego sternika Adam odepchnął naszą białą strzałę od kładki i ruszyliśmy „pruć fale” na jeziorze. Tak oto ruszyliśmy na terytorium wroga z bronią w gotowości, chociaż ja wciąż miałem wątpliwości.

Mimo wszystko muszę przyznać, że  początek tej naszej podróży był całkiem przyjemny. Delikatny bryza owiewała moją twarz, a słońce przyjemnie grzało po dość chłodnej nocy. Przed nami płynął RIB drugiej czwórki, notabene zostawiając nas nieco w tyle. Od razu widać było, że ich czerwony demon jest znacznie sprawniejszy. Przeprawa do strefy lądowania ROMEO miała trwać około 10 minut. Oczywiście sielankowa atmosfera nie mogła trwać wiecznie.

Dokładnie w połowie jeziora coś się zdupcyło w silniku i zgasł ni stąd ni zowąd. RIB stanął nagle, a jego nos gwałtownie poszedł w dół nabierając wody na pokład. Adam zareagował błyskawicznie, zerwał się z dziobu i przesunął delikatnie do tyłu. RIB zdążył już jednak nabrać wody prawie po kostki – „szczerze brakowało mi jeszcze wodowania na środku jeziora”. Nasze plecaki zamokły, a moje radio PRC351 było od teraz tylko ośmiokilogramowym kawałkiem złomu, który na dodatek wciąż musiałem taszczyć na swoich plecach.

Po kilku nieudanych próbach i szarpaniach z silnikiem nasz nieustraszony kapitan pączuś zdołał odpalić silnik i znów „sunęliśmy” do przodu z tym, że tym razem mokrzy i siedzący wodzie.

Od felernego zanurzenia minęły jakieś 3 może 4 minuty. Brzeg był już niemal na wyciągnięcie ręki, gdy silnik znowu zgasł. Na nasze szczęście tym razem uniknęliśmy kolejnej kąpieli. Podczas gdy nasz kapitan ponownie siłował się z silnikiem ja patrzyłem z zazdrością jak drugi RIB dobija właśnie do brzegu. Westchnąłem tylko głęboko „biednemu to zawsze piach w oczy i ch… w d…”. Gdy już wydawało mi się, że nic nie zdoła mnie na tej łodzi zaskoczyć usłyszałem pytanie naszego kapitana:

– Panowie, czy my nabieramy wody? – spojrzałem się na niego z niedowierzaniem. Moim skromnym zdaniem to pytanie należało zadać jakieś pięć minut temu, przez myśl przemknęło mi wówczas tylko: „Nieee, skąd popuściliśmy wszyscy z emocji…” W tym momencie jak na magiczne hasło odpalił silnik i ruszyliśmy do brzegu (znowu).

Niestety zgodnie z zapowiedzią do samego punktu zrzutu dopłynąć się nie dało. W chwili gdy silnik przestał dawać już sobie rady nasz nieustraszony sternik złapał za długi kij leżący na dnie łodzi i niczym Gondolier w Wenecji zaczął odpychać się od dna, albo raczej (by być bardziej swojski z metaforami) niczym Gorol płynący po spiętrzonych wodach Dunajca skierował naszą tratwę swym kijem do brzegu. W chwili gdy łódź znalazła się w miejscu, gdzie woda sięgała do kolan nasz „kierownik wycieczki” powiedział, że dalej już nie podpłynie. „Trudno…” – przeszło mi przez myśl – „…jak mus to mus, nie ma rady trzeba skakać.

Z RIB’u wyskoczyłem jako pierwszy. Powiem szczerze, że to było dziwne uczucie – worki jakoś spełniały swoje zadanie, przynajmniej na razie. Nie zastanawiając się długo, szybko odwróciłem się do pontonu i powiedziałem, aby jak najszybciej podali mi mój plecak. Adam chwycił za mój „tobołek” i wtedy zobaczyłem jak wylewa się z niego woda. „Tia, no to po ubraniach na zmianę…” Operacja zapowiadała się coraz lepiej…

Do brzegu dotarłem niemalże w podskokach. Tam czekała już na nas pierwsza czwórka Blackfield oraz grupa dowodzenia/logistyki CCT. Wspólnie zabezpieczali miejsce lądowania. Jak tylko wypełzłem na brzeg zacząłem szybko zdzierać z siebie moje prowizoryczne stuptuty. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem coś niepokojącego – samochód od południa, Jasiu meldował kontakt. Przyjechał „ich” QRF – „Szybcy są”.

Doprowadziwszy się, jako tako, do ładu. Spojrzałem na pozostałych towarzyszy niedoli z białej strzały. Wszyscy byli już gotowi. R2D2 niestety zmoczył buty, a przynajmniej jednego. Znów usłyszałem silnik samochodu, tym razem był znacznie bliżej – „nie było dobrze a nawet powiedziałbym, że było bardzo źle”. CCT szybko wskoczyła do RIBów, którymi przypłynęliśmy, i odpłynęła na północ na zapasowe LZ MIKE (gdzie mieli dokończyć przerzut pozostałych oddziałów) zaś FAS rzucił krótki, acz treściwy rozkaz „Kryć się!”. Wszyscy jak jeden mąż rzuciliśmy się do pobliskiego młodnika rozstawiając prowizoryczną obronę kołową.

Jak to mówią nadzieja umiera ostatnia, FAS wciąż licząc, że moja PRC351 działa próbował nawiązać kontakt ze sztabem – niestety bezskutecznie. Nie pomogła nawet wymiana anteny – radio było zwyczajnie bezużyteczne. W takiej sytuacji nie było co ryzykować, że wróg zdobędzie radio wraz z właściwą częstotliwością, kiedy tylko wsunąłem je z powrotem do plecaka rozkodowałem częstotliwość na pierwszą lepszą jaka wpadła mi do głowy. Niech się nygusy trochę namęczą jak chcą zdobyć nasze częstotliwości.

Po krótkiej chwili ślęczenia nad mapą FAS wydał kolejny rozkaz – idziemy na północ. W sumie muszę przyznać, że w pełni popierałem tą decyzję. Im dalej od samochodów tym lepiej, a i ten otwarty teren dookoła nas nie bardzo mnie wtedy pocieszał. Strefę ROMEO można już było uznać jako spaloną. Mieliśmy szczęście, bo prawdopodobnie zdołaliśmy się dostać do LZ w ostatniej chwili.

*  *  *  *  *

Nie licząc odgłosów samochodów za plecami droga na północ była całkiem przyjemna. Teren całkiem ładny, woda w jeziorze przejrzysta. Ukształtowanie terenu dość urozmaicone (tu strumyk, tam wzniesienie) – „lubię takie tereny przynajmniej człowiek nie ma wrażenia, że chodzi po blacie od stołu”. Wtem z zadumy wyrwał mnie komunikat radiowy, to Miki znowu sprawdzał łączność radiową. Maszerowaliśmy około trzydziestu minut, wszędzie panował względny spokój i właśnie wtedy Miki dostrzegł ruch przed sobą. Oddział wroga – dość liczny, na szczęście oni nas jeszcze nie wypatrzyli. Przycupnęliśmy w zaroślach i czekaliśmy na dalszy rozwój sytuacji, niestety wróg zdołał wypatrzeć naszą szpicę.

Po lesie rozległo się donośne wołanie – KONTAKT, powietrze przecięły pierwsze świszczące kule z kałasznikowów przeciwnika. Miki natychmiast poderwał się do góry i odskoczył do tyłu za najbliższą zasłonę. W tym czasie FAS kalkulował swoją następną decyzję, by po chwili zarządzić odwrót. Szybko zerwaliśmy się z ziemi i ruszyliśmy w pobliskie krzaki. Za plecami wciąż towarzyszył nam metaliczny szczęk zamków kałasznikowów i świszczące wszędzie kule, latające niczym złowrogie komary.

Wpadliśmy w krzaki, ja znalazłem już pierwszą dogodną osłonę, wytężyłem słuch – wszędzie panowała cisza. Nagle ucichło: strzały, rozkazy – wróg ani myślał nas ścigać. Przez pierwszą chwilę przeszło mi przez głowę jedno zasadnicze pytanie: „Mieli przewagę taktyczną, czemu nie atakowali?” No i oczywiście wykrakałem… Od północy dało się słychać ostre hamowanie samochodów i trzask zamykanych drzwi. Czekali na QRF! Zdziwiło mnie, że tak szybko dotarli na miejsce przecież wszystko rozegrało się, może, w ciągu dwóch minut. Coś było nie tak - zupełnie jakby wiedzieli, że idziemy do tego miejsca.

Nie było na co czekać krąg, niczym pętla na szyi, powoli się zacieśniał. FAS doskonale zdawał sobie z tego sprawę, jeśli nie wyrwiemy się teraz później nie będzie już gdzie uciekać. Na radiu usłyszałem rozkaz wycofujemy się dalej. Wstałem chyba jako pierwszy i odbiegłem delikatnie do tyłu chcąc osłonić naszych, wtedy właśnie rozbrzmiała prawdziwa kanonada. W tym momencie zupełnie straciłem kontakt z rzeczywistością, zapomniałem nagle gdzie jestem i wpadłem w stan otępienia. Wszystko dookoła mnie stało się takie surrealistyczne zupełnie jakbym z boku oglądał jakiś film. Podobno kręciłem się wówczas bez celu za naszą linią obrony…

Z tego stanu wyrwał mnie dopiero porządny opierd#* od Jaśka. Chwilę później usłyszałem znów komendę wycofania, odwróciłem się w kierunku skąd dobiegał głos, FAS wskazywał dłonią na pobliskie wzgórze. Powiodłem wzrokiem w tym kierunku – rzeczywiście była jakaś szansa, jeśli mieliśmy się gdzieś bronić, to tam było do tego najlepsze miejsce. Pozostało jedynie tam dotrzeć.

Zerwałem się wraz z R2D2 niemal równocześnie i przebiegliśmy przez otwarte pole. W połowie drogi usłyszałem krzyk odwróciłem się gubiąc nieco rytm, niemal wylądowałem przez to twarzą w ziemi, ale dostrzegłem kątem oka jak Miki pada na kolana – dostał. Chwilę później dopadł do niego nasz medyk i zaczął coś do niego mówić. Miki spojrzał na siebie wyrwany z otępienia nigdzie nie było ani śladu po kuli zero krwi – pocisk trafił w ładownicę i utknął. Nie powiem fartowny skubaniec – miał szczęście w tym ogólnym nieszczęściu.

Dotarłszy na wzgórze spojrzałem na zegarek – zaatakowani w ciągu czterdziestu minut od desantu. Szybko się uwinęli nie ma co. W normalnej sytuacji, kiedy dowódca wbiegł na wzgórze powinienem jako RTO stanąć obok niego i podać mu radio, aby ten wezwał dla nas jakieś wsparcie. Oczywiście nie w tym przypadku, bo ten szmelc na moich plecach musiał się zepsuć i nadawać same trzaski. Wszystko sprzysięgło się przeciw nam. Pozostaliśmy zatem sami przeciw przeważającym siłom wroga. W chwili, gdy prawie wszyscy dostali się na szczyt FAS zakrzyknął:

- R2 dawaj ogień zaporowy. – w odpowiedzi dało się słyszeć robi się, albo coś podobnego nie jestem pewien, Pociski z M249 zaczęły zasypywać nadbiegających przeciwników. Niestety w chwilę później nasz KM ucichł, a sam R2 padł trupem u podnóża wzgórza. No tego nam, k…, jeszcze brakowało! ”-1”

Nim wróg zdążył podejść do naszych pozycji zdążyliśmy się rozmieścić Fas, Dźwiedź, Miki i Strzemiu stanęli na lewej flance, zaś Jasiu i Adam na prawej. Ja obstawiałem środek (dziwne ułożenie, ale cóż nie protestowałem wtedy - jakoś tak samo z siebie to wyszło). W oddali między drzewami dostrzegłem jak zbliża się oddział wroga, mieli znaczną przewagę liczebną. Na dodatek parli do przodu, niczym stado szarańczy – pod ostrzałem, w ogóle nie licząc się ze stratami w ludziach – prawdziwi fanatycy z Islamskiego świata. Na ich ramionach dało się dostrzec jasno zieloną flagę, na której wyrzynał się wyraźny biały półksiężyc.

Wtedy zobaczyłem jednego z nich, dokładnie przed sobą - może dwadzieścia / piętnaście metrów ode mnie, chyba mnie nie widział patrzył w kierunku FAS’a i Strzemia. Przycisnąłem Karabin do ramienia, przymierzyłem, nacisnąłem na spust i posłałem w jego kierunku długą serię. Nie jestem jednak nawet w stanie stwierdzić, czy aby na pewno dostał. Zniknął mi z pola widzenia. Chwilę później zaświstały kule, groźnie przecinając powietrze tuż obok mojej głowy. Przylgnąłem do ziemi.

Nasi wciąż walczyli kosząc kolejne połacie terenu i wtem usłyszałem donośny krzyk z prawej strony – to nie był jeden z naszych, ktoś z krzykiem szturmował nasze pozycje. Jasiu błyskawicznie odwrócił się w jego kierunku i od niechcenia nacisnął na spust – przeciwnik padł trupem, a na twarzy jaśka zagościł złowrogi uśmiech. Z daleka zdołałem dosłyszeć jego stwierdzenie: „No to sobie pokrzyczałeś” – „a to ja niby w oddziale jestem mistrzem ironii”.

Prawa strona radziła sobie wręcz świetnie, Adam i Jasiu niczym dwa skalne golemy bronili swoich pozycji i ostrzeliwali kolejnych nacierających wrogów. Lewa flanka nie wyglądała jednak tak różowo – FAS dostał w bark, niby był w stanie chodzić, ale nie mógł już dłużej strzelać. Niedźwiedź i Strzemiu leżeli na ziemi nieruchomo – nawet nie wiem kiedy dostali. Przez myśl przeszła mi chłodna kalkulacja „-3,5”. Nagle uderzenie nasiliło się, Adam i Jasiu zaczynali powoli ustępować pola przeciwnikowi. Nie było co stać dłużej w tym miejscu – FAS mimo ran zachował przytomność umysłu i nakazał odwrót.

Wszyscy jednomyślnie zerwaliśmy się ze wzgórza i zbiegliśmy po drugiej stronie zostawiając za plecami poległych towarzyszy i goniących nas przeciwników – „nie ma co gorące zrobili nam to powitanie na swoim terytorium”. W ciągu kolejnych dwóch minut dopadliśmy do pobliskiego strumienia i schroniliśmy się w jego korycie. Tu byłby nasz ostatni bastion, ale FAS zaoponował i zarządził odwrót do ROMEO. Zastanawiałem się tylko: „Po co? Przecież i tak nie mogliśmy wezwać Medevac’a”.

Kiedy mieliśmy się zbierać (chyba Jasiu nie jestem teraz tego pewien) zapytał gdzie są DźwiedźStrzemiu. Za odpowiedź wystarczył jednak wzrok naszego dowódcy. Zostało nas pięciu (w tym jeden ciężko ranny) i lepiej dla nas byłoby ten stan utrzymać.

*  *  *  *  *

Do ROMEO dotarliśmy w jakieś pięć minut później. W oddali za plecami słyszeliśmy rozkazy wrogiego dowódcy, przeczesywali teren. Nie było czasu wytchnienie, jednak na horyzoncie pojawiła się nadzieja do ROMEO zbliżał się jeden z RIB’ów (na szczęście był to czerwony demon a nie biała strzała). Niestety szybkie rozeznanie w sytuacji nie pozostawiało wiele złudzeń – nie zdążą. Trzeba było uciekać bardziej na południe. Zatrzymaliśmy się nad brzegiem jeziora jakieś 200 metrów od ROMEO. Musieliśmy jakoś ostrzec tych z pontonu, przecież oni pchali się wprost w łapy naszego przeciwnika.

Ja zabezpieczałem perymetr od północy, podczas gdy kilku z nas machało rękoma, RIB zdawał się jednak ignorować te sygnały. Wszystko wskazywało na to, że na naszych oczach dokona się masakra, a my nie mogliśmy temu zapobiec w jakikolwiek sposób. Wtedy Jasiu rzucił szalony pomysł: „a może tak ich ostrzelać, aby się wycofali”. Fakt pomysł nie był taki głupi może nawet to by coś dało, ale wtedy RIB zauważył nasze sygnały i skierował się w naszą stronę. Kiedy podpłynął dostatecznie blisko zaczęliśmy krzyczeć, że ROMEO jest zajęte przez znaczne siły nieprzyjaciela i tym sposobem skierowaliśmy na siebie całą uwagę przeciwnika.

Oddział na desantowcu nie zaryzykował zejścia na ląd, ale RIB wciąż mógł zabrać jednego z naszych rannych. Decyzja padła na FAS’a, Miki wciąż był w stanie walczyć, chociaż moim zdaniem zaczynał wykazywać już pierwsze symptomy stresu pourazowego – „głównie niepokoił mnie jego nerwowy wzrok”. FAS wszedł do wody i podszedł bliżej do łodzi, wtedy dostrzegłem na swoim perymetrze przeciwnika. Wraz z Jasiem ostrzelaliśmy ich pozycje, ale oni odpowiedzieli silnym huraganowym ogniem. FAS dostał w wodzie, jego ciało unosiło się na tafli przejrzystej wody, która powoli zaczynała zabarwiać się na czerwono. RIB wycofał się zostawiając nas samych. „-4

Nie ma rady trzeba się oderwać. Po śmierci FASa Adam na spółkę z Jaśkiem przejęli dowodzenie, ten duet naprawdę moim zdaniem świetnie się uzupełniał. Szybko poderwaliśmy się z naszych pozycji i ruszyliśmy do ucieczki – wydaje mi się, że kogoś tam wtedy nawet trafiliśmy, ale ciężko było to wówczas stwierdzić. Uciekaliśmy dalej na południe, ale kiedy tylko straciliśmy kontakt wzrokowy z przeciwnikiem odbiliśmy na zachód, by za kolejne dwieście metrów zawrócić w okolice ROMEO wychodząc na plecy przeciwnika. Ten manewr choć był dość ryzykowny przyniósł oczekiwany skutek – zgubiliśmy ogon.

Skryliśmy się w gęstym zagajniku na środku otwartego terenu, skąd mogliśmy obserwować plażę i miejsce gdzie nas desantowali. Po przeciwniku nie było ani śladu (rozpłynął  się równie szybko jak się pojawił). Dochodziła 0920, a Miki coraz wyraźniej wskazywał na zły stan psychiczny, trzeba było go natychmiast odprowadzić do punktu ewakuacji. Z komunikatów radiowych jakie do nas docierały na radiach PMR wiedzieliśmy, że nasi znajdują się teraz w punkcie MIKE to był tylko kilometr od naszej aktualnej pozycji. Miki mógł zatem sam dostać się do tego obszaru. Wysłaliśmy go samego – już po fakcie zastanawiałem się czy to aby na pewno był dobry pomysł i rzeczywiście moje obawy szybko się uzasadniły. Kiedy Miki znikł krzakami usłyszeliśmy jeden pojedynczy strzał, chyba z pistoletu. „A jednak -5.

Zostaliśmy we trzech na terenie wroga, bez łączności. Zdani jedynie na siebie oraz nasze własne szczęście. Nasz oddział został rozbity w ciągu jakichś dwóch godzin od lądowania. Myśli o poległych towarzyszach trzeba było jednak zostawić na inny, bardziej spokojny czas. Nie jestem hazardzistą, ale ile postawiłbym na nasze szanse przeżycia tej całej kabały? Cóż nad tym także wolałem się nie zastanawiać. Co do jednego miałem jednak rację: ta cała operacja źle się dla nas zapowiadała. Mówiłem to od samego początku…

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież