Operacja KASKADA - Część 1

Witajcie w FOB

Do ufortyfikowanego posterunku Wchodniej Republiki Ludowej, dumnie nazwanego FOB’em, dotarłem śmigłem około 0100. Wraz ze mną przylecieli jeszcze trzej operatorzy Blackfield – Strzemiu, Adam, R2D2. Druga czwórka dotarła tutaj wcześniej, oni przynajmniej zdążyli na odprawę, ale cóż C’est la vie. Nie przepadam za Wschodnią Armią Ludową, a tym bardziej nie podoba mi się skośnookie zwierzchnictwo nad całą operacją, ale skoro mi płacą – z czegoś żyć trzeba, a upodobaniami michy nie napełnię. Trzeba było odrzucić wstręt i robić swoje.

W chwili kiedy śmigło dotknęło płyty lądowiska odetchnąłem z ulgą: Za chwilę będę mógł wyjść z tej puszki, by rozprostować kości. Po twarzach towarzyszy widziałem, że czują to samo co ja, bo u nich też rysowała się ogromna ulga. Wygramoliwszy się jakoś z heli zrobiłem obok niego kilka kroków aby się rozluźnić. Kiedy poczułem, że w zesztywniałych mięśniach wróciło mi czucie odwróciłem się do ładowni i wyciągnąłem swój sprzęt. Plecak, kamizelkę i karabin położyłem w pobliżu lądowiska pod rosnącym drzewem.

Sprawdzałem sprzęt, kiedy usłyszałem za plecami znajomy głos Jaśka, za nim szli Fas, Miki Dźwiedź. Jak na fakt, że siedzieli tu już od jakichś czterech godzin humor wyraźnie im dopisywał. Nim zdążyli dojść do obozowiska zdążyłem wszystko sprawdzić pobieżnie – wyglądało na to że nic nie uszkodziło się bądź zawieruszyło podczas transportu. Wstałem od sprzętu i poszedłem się przywitać z kamratami mojej niedoli. Zamieniliśmy ze sobą kilka zdań, a oni skierowali mnie do głównego sztabu. Tam czekało mnie podobno wypełnianie jakichś „super ważnych” dokumentów – cóż biurokracja dopadła mnie nawet na froncie (na dodatek u Chińczyków).

Aby dostać się do sztabu należało opuścić strefę lądowisk. Mijałem kolejne rzędy maszyn, którymi przyleciały inne oddziały,  ale nic szczególnie nie przykuło mojej uwagi. Budynek sztabu znajdował się na niewielkim wzniesieniu i aby dostać się do środka trzeba było przejść po pięciometrowym drewnianym pomoście. Strażników bądź wartowników przy drzwiach ani widu, ani słychu – moim zdaniem poważne niedopatrzenie. Z otwartych drzwi biło jasne światło, a kiedy podszedłem do nich bliżej zobaczyłem co znajduje się w środku.

Na pierwszy rzut oka widać było, że ten cały FOB zrobiony został na „szybko” (by nie powiedzieć na odwal). W dużej sali odpraw na drewnianej podłodze leżeli śpiący w śpiworach operatorzy innych oddziałów, a obok piętrzyły się stosy zrzuconego na kupkę sprzętu. Część operatorów, nie zmożonych jeszcze snem, kolejny raz sprawdzało broń i grzebało po kieszeniach w poszukiwaniu farb maskujących – zapewne niedługo mieli wyruszyć na akcję. Rozejrzałem się po twarzach zebranych w pomieszczeniu nigdzie nie było widać miejscowych (chinoli). Same najmusy, jak my – nie wróżyło to nic dobrego.

Złapałem głęboki wdech i przestąpiłem przez próg. Ostrożnie omijając kolejne śpiwory i zrzucone na styrtę plecaki doczłapałem jakoś do biurka, gdzie czekały na mnie niewypełnione stosy dokumentów. Oczywiście długopisu ani widu ani słychu więc musiałem się zadowolić flamastrem, który pożyczyłem od Dźwiedzia przynajmniej nie był kolorowy. Z dokumentów wynikało, że dowodzić nami miał niejaki Dziusek –osobiście z nim jeszcze nie współpracowałem, ale część operatorów Blackfield dobrze go wspominało z 48 godzinnej kampanii z 2012. Pod flamaster pierwsza poszła jakaś lista, potem dokument z jakimiś zobowiązaniami,  brakowało chyba tylko polisy na życie i mandatów za parkowanie oraz jazdę na gapę w transporcie miejskim. Po dwudziestu minutach mozolnej walki z biurokracją i machania kolejnych podpisów odebrałem jakąś legitymację i kartę która stwierdzała, że od teraz jestem żołnierzem Wschodniej Republiki Ludowej (przynajmniej nie ochotnikiem jak to było za wojny koreańskiej) i w razie schwytania mój rząd mnie wykupi – już widzę jak ten świstek powstrzymuje tych arabusów z Islamskiej Republiki „czegośtam” przed ścięciem mojej głowy i puszczeniem tego w CNN.

W każdym razie, uporawszy się z papierkami Dźwiedź zaprowadził mnie w drugi koniec pomieszczenia, gdzie na ścianie wisiała duża zapisana jakimiś bazgrołami tablica. Od razu poznałem ustrojstwo. Tabele szyfrów i kody wywoławcze, którymi mieliśmy się posługiwać w trakcie trwania operacji. Pech chciał, że to akurat mi na czas tej misji wcisnęli rolę radiooperatora przez co musiałem nosić to ustrojstwo PRC351 (8kilogramowy kawał złomu) jakby moje rzeczy mało ważyły. Przynajmniej nie musiałem się uczyć tych szyfrów na pamięć, bo chyba by mnie krew zalała. Wyciągnąłem kartkę i zacząłem wszystko notować, widząc to Dźwiedź od razu zaoponował.

– A co jeśli cię złapią? Albo przeszukają trupa zdobędą wszystkie kody.
– Spokojnie tego nie przeczytają – odparłem ze stoickim spokojem, a na mojej twarzy pojawił się wredny uśmiech. W chwili gdy pokazałem mu pierwsze zapiski dodałem: – A jeśli mnie złapią, w co wątpię, to farby przecież nie puszczę.

Dźwiedź w tym czasie spojrzał na kartkę i machnął ręką – cała kartka zgrabnie zaszyfrowana moim własnym szyfrem brak liter, liczb tylko kreski i kółka. Wątpiłem, że ciapaci mają u siebie w obozie jakiegoś zdolnego kryptografa, który zdążyłby to rozkodować nim my skończymy całą operację. Kiedy przepisywałem to dziadostwo zwróciłem uwagę na chory humor jaki bił z tych hasełek „Grudniowej Demokracji Bezdomnych” – tia… Szyfrowanie zajęło mi jakieś trzydzieści minut, zbliżała się 0200 w nocy.

Wówczas FAS zrobił dla nas krótką odprawę. W skrócie: przydzielono nam rolę oddziału szturmowego. Nasze zadanie wydawało się proste – wejść do obozu około godziny 2000 znaleźć dwóch poszukiwanych terrorystów ze światowego Dżihadu, zebrać jak najwięcej danych i w nogi. Niby nic prostszego, ale był jeden problem – zero granatów. To czym ja miałem ich zabić - dobrymi manierami, czy może dać im herbatki, aby się zakrztusili na śmierć?! Czas wyjazdu z FOB został ustalony na 0730 mieliśmy dotrzeć do strefy lądowania ROMEO. Z jednej strony cieszyłem się na myśl o tej godzinie – będzie czas się wyspać, ale z drugiej wiedziałem, że o tej porze można się spodziewać silnej aktywności przeciwnika w punkcie zrzutu – innymi słowy „bedzie dym”… Nie było jednak coś się nad tym zastanawiać, co ma być to będzie, okaże się jutro (w sumie dziś za kilka godzin).

Skończywszy odprawę FAS przydzielił nam czas wolny, to też trochę zmęczony lotem postanowiłem wrócić do helikoptera, którym przyleciałem, by tam przespać się chociaż trzy godzinki. W sumie nawet nie wiem jak tam dotarłem pamiętam tylko, że nastawiłem budzik, walnąłem się na pierwsze lepsze siedzenie (moi towarzysze zrobili podobnie) i zamknąłem oczy.

Obudzili mnie dziesięć minut wcześniej niż miał zadzwonić budzik (nawet nie pamiętam kto tak naprawdę mnie budził. Grunt, że jeden z moich). Jak przez mgłę słyszałem jak mówił, że niedługo wyruszamy i trzeba się zacząć szykować. Nie wiem, jak dla mnie dwie godziny to było jeszcze sporo czasu, ale niech tak będzie - przecież nie będę dyskutować. Już miałem się podnosić z tego siedzenia, kiedy poczułem, że moje mięśnie odmawiają mi posłuszeństwa. Powoli przeciągnąłem się i nieomalże słyszałem chrzęst protestujących rozpaczliwie stawów – mam nauczkę, nigdy więcej spania na siedząco, trzeba było walnąć się w ściółce leśnej na klimacie, ale nieee chciałem mieć miękko w siedzenie...

Odzyskawszy nieco sprawności motorycznej z trudem wysunąłem się z helikoptera, by nie powiedzieć, że z niego wypełzłem albo gorzej wypadłem. Kiedy tylko stanąłem na płycie lądowiska poczułem ciepłe promienie słońca przebijające się przez listowie drzew. Wszystko wskazywało, że nadchodzi piękny słoneczny dzień  – brak wiatru i nawet najmniejszej chmurki. Zatem wyglądało na to, że kolejny raz będzie marsz w duchocie z trzydziestokilowym plecakiem (który notabene całą „nockę” spędził pod drzewkiem).

Doczłapawszy do mojego sprzętu wyciągnąłem moje racje MRE. Szybkie śniadanie składało się z jakiejś owocowej mordoklejki i herbaty – Tetley to nie był, a i cukier cynamonowy wspaniałego smaku nie zapewnił (nawet rzekłbym, że go pogorszył). Kiedy nasyciłem się tym jakże sytym śniadanku poszedłem za potrzebą w kierunku latryn. Sodoma i Gomora… Zawsze wiedziałem że gdzie 40 chłopa to pojawia się syf a podłoga woła o pomstę do nieba, sanepid to chyba by się tam przeżegnał – zresztą sam chętnie nalepił bym tam kartkę „krawantanna” (literówka zrobiona celowo). Załatwiwszy swoją potrzebę i wróciwszy do ziomków z Blackfield’u pozostało mi już tylko przywdziać sprzęt i czekać na wyjazd.

Po długim oczekiwaniu Wreszcie nastała 0720. Nasz oddział zebrał się na kładce skąd miały nas odebrać RIBy i przerzucić na drugą stronę jeziora, gdzie znajdowało się terytorium kontrolowane przez wroga. Oczywiście tutaj też nie mogło być za pięknie… Jeden z RIBów był trachnięty – nie mógł dopłynąć do samego brzegu i desant musiał wodować w wodzie po kolana (oczywiście znając swoje szczęście trafiłem na tą uszkodzoną „białą strzałę”). Wiedząc co czeka mnie i moich trzech kamratów przywdzialiśmy worki foliowe i owinęliśmy je izolką – lepszy ryc niż nic. Kiedy kończyliśmy zabawę z naszymi prowizorycznymi stuptutami do kładki dobił nasz RIB.

Pierwsze przez myśl przebiegło mi: „Ło matko bosko, to jeszcze pływa?” Chociaż w sumie nie było jeszcze tak źle, bardziej obawiałem się pączusia – nasz sternik, cóż, swoje chyba w życiu nawtranżalał, a z pewnością nie było tego mało. Jak na niego patrzyłem to na myśl przyszła mi wielka świeżo upieczona bułka kajzerka – taka wielka i ciężka. W tym momencie przeszły mnie wątpliwości co do wyporności tej łodzi, niby wszyscy twierdzili że jest duża, no ale oprócz pączusia za sterami miała jeszcze zabrać nas i nasze plecaki… Wtedy usłyszałem komendę – PAKOWAĆ SIĘ…

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież