Operacja Zielony Płaszcz - część 3

Ekipa rozbiórkowa

FOB Zbiersk przywitał nas jak zawsze zniszczoną infrastrukturą kolejową. Niedobitki z FOB Kazala Nowa wreszcie mogły odsapnąć w spokoju będąc już na terenie swojego kraju. Na szczęście wraz z naszym przyjazdem do bazy dotarły dodatkowe posiłki z innych jednostek rozlokowanych w kraju. Gdyby nie to uzupełnienie, czekające nas jeszcze zadanie z pewnością byłoby trudniejsze do wykonania, a tak mieliśmy jeszcze jakąś szansę.

Owo ostatnie zadanie polegać miało na wysadzeniu trzech obiektów infrastruktury przesyłowej („bodajże energetycznej, teraz już niestety tak dobrze tego nie pamiętam”). Istniał tylko jeden drobny szczegół: te trzy obiekty trzeba było wysadzić niemal jednocześnie, w przeciwnym wypadku w głównej placówce uruchamiało się zasilanie awaryjne i nici z całej zabawy – „że tak powiem ch… bombki strzelił”.

Na odprawę zostaliśmy poproszeni zaraz po przyjechaniu do Zbierska – „To znaczy około 1830”. Odprawa była dość krótka i zwięzła, o 2000 wszyscy dowódcy stawiają się pod budynkiem sztabu wówczas podana zostanie informacja, które zespoły wyruszą na misję, a które będą dalej odpoczywać. Czas do wykonania zadania wyznaczono między 2100 a 0000. Powodem ograniczenia liczby zespołów były nieszczęsne tickety kilometrów, których zostało tylko tyle aby pojechały trzy auta z trzema zespołami po 8 osób i wróciły do Zbierska. Niestety nie było kolorowo. Na domiar złego jako, że odległości i systemy zagłuszające przeciwnika nie pozwalały korzystać z radia byliśmy zmuszeni do ustalenia godziny detonacji na 2300, jeśli ktoś się spóźni lub nie dotrze do swojego celu cóż zwyczajnie „po ptokach”.

Do 2100 dałem swojemu oddziałowi wychodne, samemu udając się w między czasie (o 2000) na ogłoszenie szczęśliwych wybrańców. Ku mojemu zaskoczeniu moja ekipa była jedną z wylosowanych do tego zadania. Szybko dałem cynk moim ludkom i pogoniłem ich dodatkowo, aby być gotowym na tą 2100. Oczywiście na miejscu jak zawsze wystąpił problem ładunki nie dojechały. Logistyka znowu zawodziła.

Pojawiły się z dobrym, bo 45 minutowym, poślizgiem. Szybko ogarnęliśmy szkolenie podstawowe z obsługi tych ustrojstw i razem z Niedźwiedziem doszliśmy do wniosku, że lepiej dłużej zostać w bazie i przygotować ładunki, niż potem pod ostrzałem kręcić kable. Rzuciliśmy się na schody sztabu ja oświetlałem ładunki i okablowanie on kręcił na szybko wszystko w jedną całość, było już 10 minut po 22 kiedy wreszcie zdołaliśmy skręcić wszystko do kupy i zapakować się do auta. Wyjechaliśmy z bazy jako ostatni.

Na czas operacji dostaliśmy jako wsparcie Dzików (Arizona) ich wsparcie technologiczne i umiejętności z pewnością były nieocenione podczas wykonywania tej operacji, ponieważ zaraz po dojechaniu na miejsce i zostawieniu auta jakiś kilometr-dwa od celu ruszyliśmy z buta dość szybkim tempem. Do wysadzenia wciąż mieliśmy jakieś 40 minut, ale musieliśmy się tam jeszcze dostać.

Ta noc była dość ciemna (w porównaniu z poprzednią), a dodatkowo obserwację utrudniała gęsta mgła, na szczęście termowizja Arizony dawała sobie radę w tych warunkach i bez problemu dotarliśmy w pobliże obszaru, gdzie znajdować miał się właz pod którym przechodziły kable przesyłowe. Sam właz miał być ukryty w dość głębokim kanionie. Był to zarazem najdalej oddalony od granicy i Zbierska punkt na terenie wroga, więc spodziewaliśmy się dużego oporu. Czasu jednak na ostrożne podejście nie mieliśmy.

Będąc 100 metrów od obszaru włazu wydałem polecenie przeczesania terenu, zapomniałem jednak dodać, aby pozostawać w zasięgu wzroku. Widząc, że moi zaczynają znikać mi we mgle zacząłem się do nich nieco zbliżać. Kiedy wreszcie odkryliśmy wąwóz. Część naszych przerzuciłem na drugą stronę samemu schodząc w dół. Właz był dokładnie przede mną. Wtedy usłyszałem na radiu Mikiego, który mówił, że go zostawiliśmy – „no tak zgubił się we mgle”. Na szczęście termowizory znacząco ułatwiły jego poszukiwanie. Równocześnie otrzymałem OPR od Jaśka, że nie pilnuję zespołu (cóż jako człowiek z ładunkami wybuchowymi i dowódca na raz nie mam czasu biegać i sprawdzać czy mi ktoś odbiegł od stada, szczególnie jak czas nas nagli).

Ogólnie musiało to zabawnie wyglądać jak dowódca dostaje OPR od zastępcy. Notabene u nas zawsze dowodzenie było dość umowną funkcją. W rzeczywistości kiedy byliśmy w zespole do sześciu osób dowodzi u nas każdy. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się wydać tą metodą sprzecznego polecenia, a wręcz przeciwnie – zwykle nasze wspólne rozkazy zawsze się zazębiały i łączyły w spójną całość. Wracając jednak do meritum…

Miki szybko się odnalazł, bo był raptem 30 metrów obok naszej pozycji otoczony gęstą mgłą. Ja w tym czasie siedziałem już w wąwozie z przygotowanym do wysadzenia ładunkiem. Ciągle patrzyłem na GPS kiedy wybije 2300, zostało jeszcze 15 min. W ciszy siedzieliśmy w oczekiwaniu na wroga, ten jednak nie nadchodził. Na 5 minut przed wybuchem uznaliśmy wraz z Jaśkiem, że trzeba naszych przerzucić na jedną stronę wąwozu, a po wybuchu czym prędzej popylać do auta na wypadek zbyt dużego zainteresowania wroga.

Dokładnie o 2300 wysadziłem właz. Gruchnęło zdrowo, ale my nie czekając na oklaski szybko poderwaliśmy się do góry i zaczęliśmy pędzić z powrotem do samochodów.

Tak jak przewidywaliśmy nagle w okolicy wzmogła się aktywność wrogich patroli. Dwa razy mijały nas pojazdy Republiki Kazalskiej, na szczęście nie wiedziały jak blisko ich jesteśmy. Około 500 metrów od transportera zawiadomiłem Niedźwiedzia, aby ten powiedział Jaśkowi, iż ktoś najpierw musi podejść do auta i sprawdzić czy nikt go nie zaminował. Okazało się, że Dźwiedź wpadł na ten sam pomysł minutę wcześniej i już wszystko przekazał Jaśkowi – „jak mówiłem wspólne dowodzenie i improwizacja”.

Niedaleko transportera znowu zobaczyliśmy wrogie pojazdy, ale ich załogi nie zaprzątały sobie głowy niepasującym do otoczenia naszym transporterem (o dziwo). Na termowizji nie było widać śladów bytności człowieka przy aucie, to też szybko zapakowaliśmy się do środka i odjechaliśmy do Zbierska z poczuciem spełnionego zadania, ciekawi jak poradzili sobie inni.

Po drodze trafiliśmy jeszcze na konwój pojazdów wroga, który zatrzymał się gdzieś przy lesie i wypuścił desant. Na szczęście nie zauważyli, że ostatni pojazd w ich kolumnie należy do strony przeciwnej (naszej) – „dzięki niebiosom za tą gęstą mgłę jak śmietana”. Około 2400 dostaliśmy się z powrotem do Zbierska, złożyłem raport z wykonania naszego zadania i udałem się wraz ze swoim oddziałem na zasłużony odpoczynek. Następnego dnia miała się odbyć honorowa dekoracja medalami, pozdrowienia od pięknych dam i gratulacje generalicji.

Oczywiście to również zawiodło logistycznie i połowa ludzi się nie stawiła, ale to już inna historia...

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież