Operacja Zielony Płaszcz - część 2

Życie Wartownika

Podczas kiedy my zaczynaliśmy zapuszczać korzenie w trakcie naszej warty, Arizona dostała zadanie oznaczenia drogi dojazdowej przez las do nowo zdobytego FOB. W tym celu mieli użyć świateł chemicznych – „notabene sam też dorzuciłem się do puli świecących kijków”. Prawdę mówiąc nie wiem kiedy wrócili, ponieważ wciąż wraz z oddziałem siedziałem na warcie, ale podobno nie napotkali jakichkolwiek komplikacji. Prosta rutynowa robota, zresztą jak każda do tej pory, to też u nas na warcie było podobnie – „czytajcie nudno”.

Dość niska temperatura w okolicach dziesięciu stopni przegoniła z powierzchni ziemi wszelkie cykady i inne trzeszczące robactwo, dzięki czemu panowała niemalże zupełna cisza przerywana od czasu do czasu cichymi odgłosami samochodów jeżdżących po autostradzie oddalonej od naszych pozycji o jakieś dwa kilometry. Niebo wciąż było przychmurzone, księżyc ukryty, a mimo to widoczność była bardzo dobra.

Na naszym wzgórku Niedźwiedź wybrał sobie za oparcie rozłożystą sosnę, ja usiadłem niżej i wsparłem się plecami o dość wysoki jałowiec – „na szczęście robali i sypiącego się igliwia pod mundurem los (a raczej pogoda) mi oszczędził”. Po jakichś 30 (może 40) minutach siedzenia zacząłem się kręcić po naszym perymetrze, od czasu do czasu przeczesując okolicę latarką. Nic ciekawego jednak nie wypatrzyłem – wszystko wskazywało na to, że wróg odpuścił sobie odbijanie tego obszaru z naszych rąk i skupił się na innych zadaniach.

Czas zaczął się wlec niemiłosiernie. Po trzecim albo czwartym spacerze po perymetrze wróciłem pod swojego jałowca, podwinąłem torbę zrzutową pod tyłek i wygodnie się rozlokowałem. Dziabnąłem dużego łyka z camelbaga i zacząłem bezwiednie patrzeć przed siebie odbiegając myślami, gdzieś daleko. Nagle z sielanki wyrwał mnie coraz głośniejszy dźwięk samochodu. Nic nie było widać, ale byłem pewien, że coś jedzie w naszym kierunku. Niedźwiedź też to słyszał. Nie minęła nawet minuta, gdy na drzewach dostrzegliśmy światło, a zza gęstwin w okolicy zawalonej stodoły wyjechało kilka pojazdów.

Niedźwiedź szybko nadał komunikat o sytuacji do Dowódcy SF (Nomada). Auta zrobiły jedno kółko i chwilę potem stanęły przy stodole. Z oddali, 200-300 metrów od nas, dało się słyszeć stłumiony trzask drzwi – ktoś wyszedł z samochodu. W świetle reflektorów zaczęły majaczyć niewyraźne sylwetki kilku osób. Stanęli w jednej grupie – czterech, może pięciu – i zaczęli dyskutować ze sobą przyglądając się chyba mapie rzuconej na maskę samochodu. Warkot silników i duża odległość między nami skutecznie uniemożliwiały nam jednak podsłuchanie tej rozmowy – „ciekawe jak w takiej sytuacji sprawdził by się mikrofon kierunkowy”.

Sytuacja była stabilna, ale w każdej chwili coś mogło się popsuć, to też na wszelki wypadek rzuciłem na radiu rozkaz Mikiemu i Jasiowi, aby przesunęli się bliżej nas na wschód i zaczęli razem z nami obserwować aktywność niezidentyfikowanych wówczas osobników – „dodatkowe dwie pary oczu z innej perspektywy zawsze były dobrze widziane”. Kilka minut później na radiu usłyszałem Jasia, który zameldował, że są już na miejscu i widzą stodołę oraz jej okolicę.

W tym samym czasie ludzie przy samochodach zapakowali się z powrotem do pojazdów zrobili kółko i pojechali w kierunku z którego przyjechali. Ulżyło mi wówczas, by za chwilę zobaczyć, że pojazdy znowu zawracają i ruszają prosto w moim i Niedźwiedzia kierunku.

Niedźwiedź kolejny raz nadał do Nomada meldunek, ale tym razem wraz z prośbą o dalsze instrukcje / rozkazy. Odpowiedź, którą usłyszał była w sumie oczywista i zarazem nie za fajna: – Zrozumiałem Kansas, zatrzymajcie ich. – Jasiek zaczął cicho mruczeć pod nosem coś w stylu „Czym kur*a, czym?” rzeczywiście w mojej ocenie był to dość akuratny komentarz do zaistniałej sytuacji. Czterech ludzi bez ładunków wybuchowych i granatów kontra pięć aut pełnych (jak zakładaliśmy) uzbrojonych ludzi – „szanse były dość nikłe i to dla nas”.

Unikając wykrycia lub oświetlenia przez reflektory i szperacze ostrożnie manewrowaliśmy między krzakami na naszej pozycji podpuszczając auta coraz bliżej. Wreszcie kiedy dojechali do linii drzew odgradzających Pole od naszego prowizorycznego FOB Kazala Nowa zatrzymali się. Odległość między nami a autami wynosiła mniej niż 20 metrów. W tym momencie usłyszeliśmy trzask drzwi dwóch nawigatorów znowu wysiadło z aut. Podeszli do siebie i głośno dyskutowali na temat złego kierunku. Wówczas uznałem, że raz kozie śmierć trzeba było zaryzykować i zagrać swoje.

– Stać! Nie ruszać się! Kim jesteście? Autoryzacja! – rzuciłem niemal jednym tchem całą wiązankę komend i pytań. Ludzie przy aucie na początku zgłupieli ale szybko opamiętali się i podeszli bliżej aut. Szperacz przejechał nad moją głową, ale nie zauważyli mnie, przynajmniej tak mi się wydawało. Wówczas dotarła do mnie pierwsza luka w planie operacyjnym brak hasła identyfikacji między specjalsami a regularsami Calisia. Wciąż trzeba było zakładać, że stoją przede mną swoi, a nie przeciwnik.

Nie doczekawszy się odpowiedzi powtórzyłem komendę, ale tym razem usłyszałem rozmowę między dwójką ludzi – cicho bądź nie odzywaj się i nie autoryzuj – albo jakoś tak. Cóż wiedziałem, ze w takim wypadku to raczej do niczego nie dojdziemy. Trzeba było zaryzykować, wpierw jednak zameldowaliśmy na radiu dowódcy, że próba nawiązania kontaktu zakończyła się fiaskiem i będziemy próbować dalej, ale niech wszyscy będą w gotowości. Jedynym sensownym na tamtą chwilę rozwiązaniem było wysłanie jednego z naszych – ryzykowne zagranie, ale kto nie ryzykuje ten nie wygrywa (albo żyje dłużej).

Padło na Jaśka. Szybko zakomunikowaliśmy tym przy autach, że ktoś do nich podejdzie. Jasiu z karabinem nad głową podszedł do samochodów i zniknął między ludźmi. Mijały kolejne sekundy, które dla mnie trwały niemal jak minuty, aż wreszcie na radiu usłyszałem „SWOI”. Przed nami był pierwszy konwój wojsk regularnych Calisia ze Zbierska. Zgubili się i pomylili drogę – mimo, iż ta była oznaczona wcześniej przez Arizonę.

Ja i Miki podeszliśmy bliżej, Niedźwiedź w tym czasie wciąż pilnował perymetru wracając na swoją pozycję – „cóż głupio byłoby w trakcie rozmów dostać od prawdziwego wroga”. Kilka minut później dołączył do nas Nomad. Po krótkiej rozmowie i nakierowaniu naszych na właściwą trasę do Bazy (jedyny wjazd był od południa). Ludzie zapakowali się z Nomadem jako nawigatorem do aut i odjechali, a my zostaliśmy na swojej pozycji wartowniczej.

Oficjalnie pierwszy konwój wjechał do FOB około godziny 23. Zaraz po przyjeździe regularni zaczęli przygotowywać się do przejęcia FOB. Zgodnie z wstępnymi ustaleniami, my mieliśmy im pilnować tyłków do 0300 w nocy, ale ostatecznie w trakcie ustaleń zdecydowano, że ściągną nas z posterunków o północy – „i dzięki wielkie im za to”. W trakcie warty kilkukrotnie musiałem jeszcze biegać do sztabu w celu ustalenia szczegółów dalszych działań z Nomadem i Szpargałem – „innymi słowy ciężkie to życie jedynki oddziału”. Do Zbierska mieliśmy zostać odtransportowani o trzeciej w nocy. Zatem mieliśmy jakieś trzygodzinne okienko tylko dla siebie.

Zgodnie z planem z wart ściągnięto nas o północy. Trochę zziębnięci usiedliśmy przy ognisku, które mocno już dogasało – ktoś wrzucił cały konar do ognia, a ten niestety nie raczył się już zapalić. Na szybko zaczęliśmy więc kombinować opał i dorzucać go do ognia, umilając sobie tym samym oczekiwanie do 0300. Oczywiście nic jednak nie może iść zgodnie z planem, to też na dziesięć minut przed pierwszą coś się zesrało…

Konwój specjalsów, czyli Arizona, Utha, Ohio został zatrzymany na IED w okolicy bazy ONZ. Obecnie byli pod ostrzałem. Takie strzępki meldunków dochodziły do nas ze sztabu. Szpargał szybko zwołał ludzi szukając chętnych do misji ratunkowej. Ja i Jasiu zgłosiliśmy nas. Oczywiście kolorowo być nie mogło i szybko okazało się, że auta od razu nie otrzymamy – „czy ja wspominałem jak bardzo kocham logistyków?”. Czas naglił, to też jednogłośnie uznaliśmy, że nie ma co tracić czasu i ruszamy na piechotę. Z FOB Kazala Nowa ruszyliśmy około 0110, do przebycia czekało nas jakieś trzy do czterech kilometrów.

Chcąc oszczędzić czas ruszyliśmy drogami wzdłuż trasy oznaczonej przez Arizonę. Szliśmy szchownicą, na czele szedł Jasiu, który popierdzielał jak mały dyliżans i lwią część trasy przeszliśmy w jakieś 20 min. Będąc jakieś 500 metrów od miejsca wybuchu IED napotkaliśmy cywilne zabudowania, obok których zaparkowano dwa samochody wyglądające na wojskowe. Niestety nie mieliśmy ani czasu ani ładunków aby można było się zając tym fantem, to też zrezygnowaliśmy z działalności i ruszyliśmy dalej. Jakieś 300 metrów od celu weszliśmy w las i przerwaliśmy ciszę radiową.

Plan był prosty my mieliśmy się zaczaić, a nasi mieli wepchnąć wroga prosto na nas. Oczywiście wówczas nikt nie pomyślał, że branie wroga w krzyżowy ogień w nocy może być niebezpieczne. Na szczęście tak się to nie skończyło. Wróg natknął się na nas, ale szybko odbił na zachód. Niestety nie wiemy nawet ile strat im zadaliśmy, bo te dzikusy ściągały ze sobą nawet trupy – „na dodatek w nadludzkim tempie”.

Po naszej stronie znalazła się jedna strata. Już na samym początku Miki oberwał serią od przeciwnika. Jęczał nie miłosiernie, wszystko wskazywało, że zaraz będziemy mieli trupa. Jako pierwszy dopadł do niego Niedźwiedź, w tym czasie ja i Jasiu strzelaliśmy w miejscu gdzie wydawało nam się że widzieliśmy strzelca. Po 5 minutach kanonada ucichła. Wróg uciekł na zachód, a my mogliśmy wejść wprost pod lufy naszych. Jasiu zadeklarował, że dołączy do innych SFów i ogarnie abyśmy nie dostali od swoich, ja w tym czasie poszedłem pomóc Niedźwiedziowi.

Miki leżał na ziemi, a Niedźwiedź oglądał jego łydkę. Kula przestrzeliła przez nogawkę i otarła się o nogę. Poza drobnym opatrunkiem opieka medyczna nie była potrzebna, acz pacjent mógł trochę kuśtykać przez kilkadziesiąt minut. Miki oczywiście nadal panikował to też Niedźwiedź porządnie go piąchopiryną – o dziwo zadziałało. Pozostało nam tylko przetransportować go do naszych wspólnie wzięliśmy go pod ramię i dowlekliśmy kuśtykającego do naszych. Dla pewności nadaliśmy na radiu, że podchodzimy.

Na miejscu usadziliśmy Mikiego na poboczu. Ku naszemu zdziwieniu nieopodal siedział Jasiu, Nomad opatrywał jego nogę. Nie zdążyłem się nawet dobrze nad tym zastanowić, kiedy Niedźwiedź wypalił:

– Jasiu dostałeś?! Tylko nie pierd*l, że od swojego! – nie doczekaliśmy się jednak odpowiedzi.

Szczęściem w nieszczęściu był fakt, że Jasiu również zaliczył niegroźne otarcie. Innym poszkodowanym z grupy Nomada nie było już do śmiechu. Naliczyłem dwie rany ciężkie, na szczęście Medevac już nadchodził. Jeden z rannych wymagał szybkiej hospitalizacji ponieważ widać było u niego problem odmy płucnej rozprężnej (przynajmniej tyle dobrze).

Nim przyjechał Medevac, ja wraz z Niedźwiedziem zaczęliśmy relacjonować nasze znalezisko przy drodze do Nomada. Wspólnie ustaliliśmy, że prawdopodobnie są to pojady wroga i można spróbować ich tam jeszcze przetrzebić. Do naszej dwójki dołączono jeszcze Arizonę (czyli razem mieliśmy aż cztery osoby). Szybkim tempem wsparci przez teromowizję dostaliśmy się w okolicę aut niestety spóźniliśmy się. Samochody właśnie odjechały nam sprzed nosa. W okolicy pozostały jednak pewne oddziały wroga, ale krótką kanonadę zakończyliśmy szybkim oderwaniem, gdyż wroga było dwa razy więcej niż nas. Arizona chciała jeszcze za nimi gonić, gdy ci zaczęli biec za autami, ale ostatecznie zaniechaliśmy tego pomysłu.

Wróciwszy do naszych zastaliśmy już Medevac, który pakował właśnie rannych. Jasiu i Miki czuli się już lepiej. Nomad zarządził, że my wracamy do Zbierska, a on jedzie po Dakotę (która zapewne wciąż pilnowała wjazdu do FOB Kazala Nowa – przynajmniej tak przypuszczam). Nie czekając na specjalne zaproszenia szybko władowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy wraz z innymi do naszej bazy, gdzie czekały już na nas posłania i ciepły posiłek – „który oczywiście najpierw musieliśmy sobie przygotować”.

Do Zbierska dotarliśmy około 0240 do trzeciej szybko oporządziliśmy się z posiłkiem i ciepłą herbatą i uderzyliśmy w kimono, gdyż planowana pobudka wypadała już około 0730.

* * * * *

Budzik zadzwonił punktualnie, ale ja dość szybko przestawiłem go na 0830 zaraz po obudzeniu i poszedłem spać dalej. Niedługo później wpadł Jasiu rześki i wypoczęty. Podekscytowany stwierdził, że szykuje się dla nas robota i to taka jakaś super-uber-duper robota. Był na tyle rozentuzjazmowany, że co i rusz poganiał nas abyśmy wreszcie wygramolili się z naszych śpiworów. Ostatecznie widząc, że dłużej już i tak nie pośpię wyszedłem jako pierwszy.

Według Jaśka wyjazd miał mieć miejsce około 0900, zatem mieliśmy jeszcze 40 minut na śniadanie. Szybki posiłek oraz c

iepła herbata były jak błogosławieństwo po nocy w tym zimnym hangarze kolejowym. Zgodnie z planem stawiłem się o 0900 pod sztabem, ale tam dowiedziałem się, że wyjazd ma być dopiero o 1000 – „no tak pewnie Jasiu coś pokręcił”.

 

O dziesiątej wreszcie ruszyliśmy naszym starym dobrym transporterem z powrotem do FOB Kazala Nowa. Oczywiście na miejscu okazało się, że zadania dla nas niet i możemy sobie posiedzieć. Rozmościłem się więc przy ognisku. O 1100 wypatrzył nas, „niestety”, dowódca warty (Ruda). Szybko  stwierdziła, że akurat zastąpimy dotychczasowych wartowników. I tak przez kolejne dwie godziny znowu miałem pilnować podejścia z północnego-wschodu, ale tym razem z Mikim – „hurra, ale uber zadanie. Jasiowi trzeba pogratulować, przy najbliższej sposobności, że poderwał nas tak wcześnie do kolejnej warty”.

W trakcie warty kilkukrotnie naradzano się i ustalano plan ataku na stację radarową wroga. W związku z posiedzeniami szczebla dowódczego potrzebny był od nas przedstawiciel, na szczęście padło na Jaśka, który co kwadrans biegł ze swojego posterunku do sztabu by dogadać kolejne szczegóły – „hłe hłe hłe”.

Wreszcie po dwóch godzinach (o 1300) zostaliśmy zmienieni i mogliśmy spokojnie wrócić do tym razem płonącego ogniska. Na szybko skombinowaliśmy jeszcze jakiś dodatkowy opał wykorzystując do tego pościnane i połamane w okolicy FOBu gałęzie i drzewa. Od 1400 nuda ciążyła coraz mocniej, to też zabunkrowaliśmy się na materacach w budynku sztabu, co i rusz odwiedzając dowództwo. W trakcie jednego z takich posiedzeń usłyszeliśmy intrygującą wymianę zdań na radiu między jednym z oddziałów a sztabem.

– Teksas tu … – niestety nie pamiętam kryptonimu. – niesiemy rannego.

W sztabie szybko wywiązała się rozmowa „Kurczę mają rannego trzeba medewacu!” nagle Szpargał jako pierwszy otrzeźwiał z amoku:

– Macie rannego jednego z nas? Mamy straty? – chwila ciszy.

– Nie mamy ich rannego i niesiemy go już jakiś czas. – w sztabie nastąpiła chwila konsternacji.

Dowódcy szybko wymienili między sobą spojrzenia „ A po co nam ich ranny”. Szpargał znów nadawał.

– Po co nam ich ranni, my tu porządek zaprowadzamy, a nie kację humanitarną.

Z radia padła szczera odpowiedź:

– Nie rozumiem.

– Odwalić. Bez odbioru.

W sztabie natychmiast zapanował dobry nastrój i wróciliśmy szybko do rozmów z lokalnym przedstawicielem miejscowej ludności o „smutnej bazie” strony przeciwnej. W międzyczasie naszego posiedzenia w sztabie dogrywano współpracę z separatystami działającymi na lokalnych terenach, a którzy mieli nam pomóc w ataku na stację radarową.

Około 1410 Nomad opuścił sztab i ruszył z Utah na misję zwiadowczą, ich celem było rozpoznanie okolicy radaru. My zostaliśmy w sztabie około 1500 mieliśmy dołączyć do grupy szturmowej i zniszczyć radar. Oczywiście ostatecznie zgodnie z tradycją atak przesunął się na 1550, ale to akurat nie był żaden problem.

Niestety życie pełne jest niespodzianek i kiedy już pakowaliśmy się do auta na zadanie sztab nas zawrócił. Rozkaz zastania w bazie nie spotkał się z naszym entuzjazmem. Niestety obawy były słuszne – znowu mieliśmy zostać pilnować bazy. Na warcie usiedliśmy około godziny 1510 i w sumie spędziliśmy na niej około dwóch godzin. Na plus nie musieliśmy przynajmniej pilnować kolejny raz tego samego miejsca i mi oraz Mikiemu przypadła do pilnowania brama wjazdowa do Bazy. Niestety kręcenie się cywilów na perymetrze kilkukrotnie wszczynało niepotrzebny alarm w bazie.

Pomijając jednak ten szczegół muszę przyznać, że była to chyba najdziwniejsza warta w moim życiu. Patrząc na ścianę lasu nagle zobaczyłem bilbord z panoramą miasta. Niemal od razu wiedziałem, że jest to nie możliwe. Odwróciłem szybko wzrok i spojrzałem znowu w to miejsce bilbord zniknął. Szybko zacząłem kalkulować ile wody wypiłem przez ostatnie 24 godziny, w tym samym czasie znowu miałem głupi omam, że widzę 3 ubrane na czarno osoby spacerujące przed moim nosem.

Wstępne szacunki wskazywały, że wypiłem łącznie około 0,75l wody co jednak było dość mizernym wynikiem patrząc przez pryzmat całej doby. Wziąłem rurkę od camelbaga i wcisnąłem sobie do dzioba. Powoli i bez pośpiechu przez kolejne pół godziny piłem wodę małymi łykami (bo przesadzanie i zalewanie się w opór w takim stanie też nie jest wskazane). Omamów więcej nie miałem co przyjąłem za dobry znak –  nie trzeba było dzień wcześniej nabijać się z Jasia i jego omamów na BO”.

Około 1600 nastała ciemność i pojawiła się dość gęsta mgła, która znacząco utrudniała obserwację. Co zresztą Niedźwiedź z Jaśkiem kilkukrotnie raportowali do bazy na radiu. Nagle około 1630 od południa drogą przyjechały trzy auta, nasze auta. W środku jechały same trupy – atak na radar okazał się udany, ale naszych poniosła ułańska fantazja i zew krwi. Ruszyli na bazę wroga i ponieśli dotkliwe straty, na dodatek wszystko na oczach obserwatorów ONZ – „prawo Murphy’ego: jak coś ma się spieprzyć to się spieprzy”.

Wreszcie z warty ściągnięto nas o 1705, nie postawiono jednak nikogo w zamian. Kiedy weszliśmy do bazy usłyszeliśmy, że następuje ewakuacja całej placówki do Zbierska. FOB Kazala Nowa miał zostać porzucony. Ewakuacja bez zabezpieczonego perymetru nie była jednak na rękę moim chłopakom i jeszcze jednej ekipie, to też dla pewności zajęliśmy się zabezpieczeniem bliskiego perymetru. Na szczęście nic złego się nie stało, a my jako ostatni weszliśmy do samochodów.

W bramie wjazdowej do opuszczonej już bazy minęliśmy się z samochodami ONZ, które chciały nas chyba przyłapać na gorącym uczynku, ale zamiast tego trafiły na pusty sztab i dogasające ognisko. Chciałbym zobaczyć ich miny, bo to akurat pięknie nam się udało.

Wracałem transportem do bazy wraz z moimi podkomendnymi, z tego co wiedziałem naszej stronie wciąż zostało do wykonania jeszcze jedno zadanie i szczerze miałem nadzieję, że to nas do niego wyznaczą…

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież