Operacja Zielony Płaszcz - część 1

Zajęte znaczy nasze

Dolatywaliśmy do terenów przygranicznych. Nie licząc deszczu około południa przelot naszego śmigłowca przebiegał bez większych zakłóceń. Według pilota już za niecałą godzinę, około 1330, cały nasz oddział miał dotrzeć do posterunku granicznego w Zbiersku – małej przygranicznej miejscowości leżącej na naszym terytorium (Calisia). Z posterunku przerobionego szybko na FOB do granicy z Republiką Kazalską mieliśmy jakieś półtora do dwóch kilometrów. Na skutek trwającej już od kilku dni operacji Zielony Płaszcz przejścia graniczne nie były pilnowane i całe pogranicze stanęło dla naszych sił otworem.

Decyzja o zmobilizowaniu do działania Oddziałów Specjalnych Calisia (CSF) zapadła, w mojej opinii, dość nagle i już w trakcie trwania pierwszych walk na terenach Kazalskich. Dowództwo nie tłumaczyło dlaczego zdecydowano się na użycie specjalsów. Być może regularsi trafili na silniejszy opór, niż początkowo zakładano, a może sztab zwyczajnie uznał, iż wprowadzenie sił specjalnych przyspieszy przebieg całej operacji. „Jakby nie patrzeć nie wnikałem w to za głęboko, bo jak mawia Jasiek cóż znaczy to wobec nieskończoności”.

Oficjalnie podawanym w mediach powodem tego całego zamieszania – „czy też jak ja wolę to nazywać cyrku” – była zła, a wręcz dramatyczna, sytuacja naszych Caliskich obywateli zamieszkujących Republikę Kazalską. W wyniku ucisków i represjonowania naszej ludności rząd Calisia został zmuszony do podjęcia bardziej radykalnych kroków. Nieoficjalnie objawiały się one wysyłaniem sił zbrojnych na terytorium Republiki Kazalskiej, ale według oficjalnych doniesień nas tam nigdy nie było. Taki sprzęt jak ciężkie pojazdy pojawiły się tam zupełnie przypadkiem i można je kupić w każdym szrocie lub demobilu. Cóż taka była wersja oficjalna, jaka była nieoficjalna – „nie mnie to wiedzieć, zresztą im człowiek mniej wie tym lepiej sypia i żyje dłużej…”.

Nagle śmigłowcem szarpnęło dość mocno i wyrwałem się z moich przemyśleń. Stary dobry MI8 powoli zniżał się do lądowania na płycie wyznaczonego lądowiska w FOB Zbiersk. Bazy, która już za chwilę na kilka najbliższych dni, a może nawet tygodni, miała stać się naszym nowym domem. Kiedy tylko koła dotknęły ziemi, a pilot dał sygnał do desantu otworzyłem drzwi i wyskoczyłem na zewnątrz z całym swoim dobytkiem. Za mną wyskoczyli kolejni Jasiu, Niedźwiedź i Miki, niestety piątego zatrzymały w macierzystej jednostce zadania związane z papierologią, przez co zmuszeni zostaliśmy do działania w nieco okrojonym składzie.

Było dżdżysto, ale niebo zaczynało się przynajmniej przejaśniać. Bez większego zastanowienia cisnąłem wszystkie swoje toboły na ziemię i zacząłem się rozciągać. Lecąc te kilka godzin lekko się zastałem. Chwilę później poczułem, że muszę ruszyć tam gdzie król chodzi piechotą, zresztą nie tylko ja. Oznaczywszy całym oddziałem teren jako nasz wraz z resztą chłopaków zebraliśmy się przy naszych gratach i zaczęliśmy nawijać na wszystkie możliwe tematy.

Do zadeklarowanej gotowości bojowej wciąż mieliśmy dwie godziny.

W trakcie rozmów kilkukrotnie oberwało się Niedźwiedziowi, który to uznał, że jeden plecak to za mało i obładował się jak jakiś baktrian (czyt. wielbłąd dwugarbny). Pewnie nie byłoby w tym nic złego, gdyby obrazu całości nie dopełniała zielona wielorazówka z Tesco, do której zapakował całą masę słodyczy: ciastek, cukierków itp.. Z takim ekwipunkiem mógł śmiało zrobić suto zastawiony kinderbal dla kilkunastu dzieciaków i jeszcze by pewnie zostało. Podczas kolejnych docinek i dowcipów podszedł do nas dyżurny bazy, który powitał nas serdecznie w FOB Zbiersk i poprosił abyśmy poszli za nim. Dość szybko zebraliśmy ze sobą cały nasz majdan i ruszyliśmy za oficerem we wskazanym kierunku – wprost do naszych kwater wysokiego standardu.

Specjalsom nocleg został zapewniony w starym hangarze kolejowym, gdzie wciąż stały jeszcze platformy kolejowe, wagony sypialne oraz kilka starych warsztatów ślusarskich i kowalskich. Notabene zauważyłem, że sporą część identycznych maszyn posiadam w swoim przydomowym warsztacie. Kiedy zostaliśmy sami zaczęliśmy rozglądać się za dogodnym miejscem dla naszej czwórki. Wilgotne ściany, zapach smaru i terpentyny oraz rozrzucone w niektórych pomieszczeniach narzędzia i części nie dawały znamion wielkiego luksusu, ale jakby nie patrzeć zawsze to jakiś dach nad głową.

Przeprowadziwszy rekonesans całego budynku dość szybko zaanektowaliśmy dla siebie, naszym zdaniem, najlepszą miejscówkę w postaci pomieszczenia ze składem desek, z których można było zrobić wygodne łóżka. Ku naszemu zadowoleniu w pomieszczeniu było nawet światło w postaci starej i brudnej jarzeniówki złowrogo zwisającej z sufitu.

Na początku znieśliśmy wszystkie nasze graty do środka. Jako, że mieliśmy w pomieszczeniu dwa stare kolejowe kosze na śmieci, jakie niegdyś pamiętam stały na peronach wrzuciliśmy tam część syfu. Metalowe pierdoły w postaci śrub i innych podrzuciliśmy pod stary stolik. Urządziwszy się już jako tako w naszej nowej kwaterze wyszliśmy na zewnątrz zwiedzić stare zardzewiałe lokomotywy, w tym momencie przyjechało auto ze sprzętem logistycznym w postaci materaców i leżanek polowych. Pomogliśmy przy przenoszeniu ich do hangaru, a  przy okazji przytuliliśmy jeden materac do naszego pomieszczenia, resztę zostawiając dla tych bardziej potrzebujących.

Na odprawę dla sił specjalnych czekaliśmy jeszcze jakieś dwie godziny (trzy jeśli liczyć czas od naszego przyjazdu). Byliśmy za wcześnie, a plany nagle się zmieniły i zamiast gotowości bojowej na 1500 została wyznaczona odprawa na godzinę 1700, która i tak spóźniła się o godzinę. Wiadomo wojna nic się nie da zaplanować, a nadgorliwość potrafi być gorsza od faszyzmu.  Na miejscu wciąż brakowało dowódcy CSF oraz ekipy R-Team, którzy w wyniku problemów mieli zjawić się dopiero około 1900. Zgodnie z rozkazem wstępna odprawa miała się jednak odbyć bez nich.

Początkowo plan zakładał zrobienie odprawy u nas, ale oczywiście jako, że nie może być za pięknie w tym świecie, a biednemu zawsze piach w oczy, nasza jarzeniówka rozświeciła się zagrzechotała wybuchła i przestała świecić.  Ostatecznie wszyscy zebraliśmy się o 1730 w starym warsztacie kowalskim, gdzie światło nie płatało takich figli.

Według napływających raportów siły regularne Calisia zodłały przeprowadzić skuteczny atak na bazę wroga w miejscowości Kazala Nowa, atak był przeprowadzony na tyle sprawnie, że siły przeciwnika wycofały się w pośpiechu zostawiając za sobą cenne informacje wywiadowcze. Niestety w wyniku słabego zaplecza logistycznego oraz poniesionych strat nasi również musieli się wycofać, przy okazji zostawiając naszych rannych. Jak zawsze logistyka kulała – „jak tu takich nie kochać…

Z drugiego raportu wynikało, że na obszar działań (AO) przyjechali obserwatorzy ONZ – „uwielbiam tych niebieskich pacyfistów, zawsze muszą się wtrącać do naszej roboty i zawracać nam gitarę jakbyśmy w trakcie naszych wycieczek krajoznawczych mało mieli problemów.” Według raportów założyli swoją bazę na południe od Kazala Nowa, informacja ta była dość przydatna i warto było ją wykorzystać.

Po tak przedstawionej sytuacji chyba wszyscy spodziewaliśmy się jakie dostaniemy zadania. Zająć oraz zabezpieczyć Kazala Nowa. Ewakuować naszych rannych (ich rannych osrać). Zabezpieczyć dane i wszystkie materiały wywiadowcze. Oddać przejętą strefę w ręce regularnych sił Calisa. Zadania proste i przyjemne przynajmniej na początku, ale czas uciekał a z każdą kolejną minutą wzrastało ryzyko, że wróg może wykonać kontruderzenie w celu odbicia utraconej bazy a my mielibyśmy znacznie cięższą robotę. Wraz z pozostałymi oddziałami opracowaliśmy cztery warianty podejścia, z czego ten czwarty wydawał się najbardziej szalony. Nie mogliśmy niestety ustalić nic poza planem działań, gdyż wciąż musieliśmy czekać na pozostałych spóźnialskich do 1900.

Po odprawie każdy oddział rozszedł się do swoich kwater. W naszej oczywiście światła już nie było dzięki cudownej jarzeniówce. Do przyjazdu dowódcy wciąż mieliśmy blisko godzinę, zapas czasu duży aż nadto, dlatego postanowiliśmy przygotować posłania na potem oraz złapać jakiś ciepły posiłek przed wyjściem. Znów zaczęły się rozmowy o naszych starych przygodach, szczególnie żywe były te z ostatniej operacji BO kiedy to jeden z nas dostał delikatnych omamów wzrokowych w skutek odwodnienia.

O 1915 pojawił się Nomad, oddziały SF zostały wezwane na odprawę o godzinie 2000 w budynku sztabu Zbiersk. Odprawa była krótka i treściwa. Wspólnie uznaliśmy, ze szalony scenariusz numer cztery, czyli wjazd samochodami do samej bazy w Kazali Nowej zapewni nam największe zaskoczenie i zwiększy szybkość naszego działania – o ile w okolicy nie walają się porozrzucane IED. Priorytetem było zabezpieczenie naszych rannych pozostawionych wewnątrz obiektu.

Nasza czwórka miała za zadanie obstawiać Namsów (kryptonim Utah), kiedy będą czyścić pomieszczenia budynków, zadanie proste i przyjemne dla czteroosobowej ekipy. Po ustaleniu wszystkich kryptonimów, częstotliwości i pozostałych szczegółów zająłem się sporządzaniem notatek. Wszystkie były oczywiście zakodowane moim osobistym systemem szyfrowania, który to sprawdził się już kilkukrotnie.

Godzina wyjazdu z FOB Zbiersk została ustalona na 2100 prawdopodobny czas przybycia do Kazala Nowa około 2200. Do dyspozycji udostępniono nam niestety tylko jeden transporter, na dodatek z limitem kilometrów (kocham logistyków). Ilość miejsc w transporterze była mocno ograniczona, przez co konieczne było podzielenie przerzutu na dwa etapy składające się z trzech rzutów. Pierwszy etap zakładał zdesantowanie się na obszarze działalności ONZ, skąd w drugim etapie mieliśmy zostać przerzuceni bezpośrednio do Kazala Nowa.

Noc była dość ciepła jak na tę porę roku. Na dodatek mimo dość silnego zachmurzenia było wyjątkowo jasno, co znacząco poprawiało widoczność. Przynajmniej księżyc w pełni był gdzieś schowany za chmurami, bo byłoby jeszcze jaśniej.

Na pierwszy ogień wysłano Utah , nam (Kansas) przypadł transport numer dwa wraz z R-Team (Dakota). Miejscem podjęcia miało być skrzyżowanie niedaleko bazy ONZ. My zabezpieczaliśmy podejście od północy (czyli kierunek z którego miało przyjechać po nas auto). W trakcie leżenia w krzakach do naszych radiostacji dotarł komunikat od Utah – znaleźli pierwszego rannego. Konieczne stało się zatem poderwanie MEDEVAC, który miał zabezpieczać nasze działania.

Czas dłużył się niemiłosiernie, a transport nie pojawiał się. Wreszcie po jakichś 20 minutach od pierwszego wyjazdu w lesie pojawiły się światła pojazdu. Szybka identyfikacja potwierdziła, że to nasz pojazd. Nie tracąc czasu wpakowaliśmy się do środka i ruszyliśmy na pomoc Utah.

Kiedy dotarliśmy na miejsce Utah opatrywało jednego z naszych rannych i przekrzykiwało się z pozostałymi ukrytymi gdzieś niedaleko w krzakach. W chwilę po opuszczeniu pojazdu, transporter wycofał się po kolejny rzut naszych. My zabezpieczyliśmy prawą stronę (wschodnią). Po przyjeździe trzeciego rzutu w LZ zaczęło się robić ciasno, więc wraz z Jaśkiem postanowiłem zabezpieczyć szerszy perymetr. Wreszcie po jakichś 30 minutach zabawy i negocjacji udało się dojść do porozumienia z pozostałymi rannymi. Odesłaliśmy ich MEDEVAC-iem do Zbierska. Wówczas pozostało nam tylko zająć bazę wroga.

Szeroką formacją podchodziliśmy do zabudowań od strony południowej. Kiedy zbliżyliśmy się pod sam budynek mój oddział zabezpieczył jego okolice i wszystkie drogi podejścia. Utah w tym czasie wparowała do środka i zaczęła czyścić pomieszczenie po pomieszczeniu, ale w środku nikogo nie było. Został tylko sprzęt i materiały wywiadowcze – notatki, mapy oraz komputery. Przy budynku sztabu wolno dogasało ognisko, niedaleko którego rozstawiono dwa duże wojskowe namioty.

W trakcie gdy Utah, Ohio i Arizona sprawdzały resztę bazy. Kansas (my) oraz Dakota pilnowały dróg podejścia. Wraz z zajęciem całego obszaru oddziały rozstawiły się w okolicy w celu zabezpieczenia terenu i przekazania go oddziałom regularnym. Ohio w tym czasie nadał na radiu status sytuacyjny do FOB Zbiersk i wezwał pierwszy konwój z naszymi.

Zabezpieczaliśmy dwa kierunki: wschodni i północny. Podzieliłem nasz oddział na dwie dwójki – Miki, Jasiek oraz Niedźwiedź i ja. Mojej dwójce przypadło pilnowanie wschodniego podejścia. Do obserwacji wybraliśmy niewielki wzgórek słabo porośnięty drzewami, które idealnie zacieniały nasze pozycje. Siedząc tak na perymetrze doskonale widziałem przed sobą pola i starą zrujnowaną stodołę na granicy widoczności, która słabo wyłaniała się z otaczających mnie ciemności.

Bazę zdobyliśmy bez jednego wystrzału, a próbujących odbić placówkę wrogów nie było ani widu ani słychu. FOB Kazala Nowa był nasz. Siły Calisia były w drodze odebrać od nas ten mały prezent, który otwierał przed nami nowe możliwości działania na obszarze Republiki Kazalskiej. Wszystko szło jak po maśle.

Tylko czekałem kiedy coś się spierdzieli. 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież